BLOG NIE TYLKO O WNĘTRZACH

5 urodziny mojej firmy. Podsumowanie.

Długo się zastanawiałam, czy w ogóle przygotowywać wpis na temat ostatnich 5 lat mojego życia zawodowego. Doszłam jednak do wniosku, że opisanie tego, co się działo, może w jakiś sposób pomóc komuś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę jako architekt wnętrz i ułatwić mu start.

Co się wydarzyło przez ten czas? Czy były wybuchy i pościgi? O tym przekonacie się już za chwilę.

Wzloty i upadki

Zacznę od tego, o czym mówię zawsze, gdy ktoś myśli, że ta praca jest łatwa i przyjemna. Gdybym kilkanaście lat temu wiedziała, jak ciężko będzie, ile stresu mnie czeka, ile szczegółów wymaga każdy projekt i że co jakiś czas znajdzie się ktoś, kto będzie stwarzał problemy np. z płatnościami, to bym się mocno zastanowiła na tym, czy na pewno chcę się tym zajmować.

Mimo że kocham ten zawód i radość klientów, gdy widzą jak powstaje ich wymarzone mieszkanie, to czasami mam wrażenie, że zaraz oszaleję od ilości zadań i bodźców zewnętrznych. Zapewne moja introwertyczna natura nie ułatwia mi sprawy w odbieraniu otaczającej rzeczywistości w taki sposób. Każdego dnia muszę stoczyć wewnętrzną walkę, by dobrze funkcjonować w tym szalonym świecie. Na pewno wielu z Was to rozumie.

Moja droga do tego zawodu była dość kręta, ponieważ od szkoły średniej marzyłam o studiowaniu scenografii lub aktorstwa, ale na to pierwsze dostałam się dopiero po licencjacie z architektury wnętrz, a na drugie po prostu zabrakło mi odwagi i kogoś, kto by mnie do tego dopingował.

Plan na przyszłość był prosty. Skończyć studia, popracować ok. 2 lat w jakiejś dobrej pracowni projektowania wnętrz, zdobyć doświadczenie i założyć swoją działalność. Jakie to wszystko jest łatwe, prawda?

Życie miało nieco inne plany wobec mojej ścieżki zawodowej. Nie udało mi się znaleźć nawet płatnego stażu, a co dopiero pracy. Po dwóch bezpłatnych praktykach, stwierdziłam, że darmowa praca nie ma dłużej sensu i postanowiłam postarać się o dofinansowanie na otwarcie własnej firmy.

Co wtedy umiałam? Raczej niewiele zarówno pod kątem projektowym, jak i interpersonalnym. Byłam nieśmiałym człowiekiem z dużymi ambicjami i chęciami do pracy.

Nie oszukujmy się – studia niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. Uczono nas raczej ogólników, zupełnych podstaw i czasem prowadzono zajęcia w ogóle niezwiązane z tematem.

A tu nagle trzeba było zmierzyć się z projektowaniem realnych przestrzeni. Ale ponieważ jestem bardzo uparta i wiedziałam, że pragnę projektować wnętrza, postanowiłam zaryzykować i złożyć wniosek o przyznanie dotacji na start.

Pierwsze koty (albo psy) za płoty

źródło: funnyonlinepictures.com

Kiedy dzisiaj o tym myślę, to śmiać mi się chce z tego, jak bardzo zielona wtedy byłam. I wierzcie mi, to nie jest tak, że od razu będziemy wiedzieć wszystko, ponieważ w tym zawodzie każde zlecenie uczy czegoś nowego.

W tamtym czasie udało mi się nawiązać miłą współpracę z firmą wykonującą stoiska wystawiennicze, dla której zaczęłam projektować i kontynuowałam to nawet po przeprowadzce do Gdańska. Projektowanie stoisk wspominam bardzo dobrze, ponieważ jak jest spory budżet, to można stworzyć jakąś ciekawą formę, a jak nie, to robimy proste stoisko według wytycznych inwestora i gotowe. Szybki projekt i szybkie pieniądze.

W prowadzeniu działalności zawsze najbardziej przerażającą instytucją wydawał się ZUS. Polska nie wspiera przedsiębiorców w żaden sposób. Jak słyszę, że np. w Wielkiej Brytanii rachunek można dać na serwetce, a pod koniec roku wystarczy zsumować przychody i rozchody i zapłacić ewentualny podatek, to jest mi po prostu przykro. Tutaj już od pierwszego miesiąca trzeba zapłacić składki. Co prawda na początku działalności są one dużo niższe, ale mimo wszystko. Skąd wziąć na to pieniądze, jeśli dopiero się zaczyna? To była abstrakcja.

Kiedy założyłam działalność nie miałam nawet pojęcia, ile powinien kosztować projekt wnętrz i skąd brać zlecenia. Postanowiłam stworzyć konto na jednej ze stron do pozyskiwania zleceń i niestety zasugerowałam się tamtymi, śmiesznymi cenami. Bardzo brakowało mi siły przebicia. Nie wiedziałam, jak zdobyć klientów, więc zarejestrowałam swoją wizytówkę na wszelkich możliwych stronach o tematyce wnętrzarskiej. Dzięki temu dobrze wypozycjonowałam swoją stronę.

W promocji bardzo pomocny jest serwis Homebook, ponieważ on też dobrze pozycjonuje. To jest chyba pierwsze miejsce, które poleciłabym początkującemu projektantowi do prezentacji swoich prac.

  Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że w dzisiejszych czasach własna strona internetowa to podstawa. Bez tego nie będziemy istnieć. Jeśli nie chcesz wydawać pieniędzy na to, by ktoś ją dla ciebie wykonał, możesz to zrobić samodzielnie. Moja strona powstała jak byłam jeszcze nastolatką i przez lata bardzo ewoluowała. Zawsze robiłam ją sama, bo sprawia mi to przyjemność. Może nie jest idealna i zawsze jest coś do poprawy, ale mi ona odpowiada.

Jak już wspominałam, jestem introwertyczką, która źle się czuje w dużej grupie osób, zwłaszcza nieznanych. Poznawanie nowych klientów było dla mnie dużym stresem. Musiałam wypracować sobie jakiś schemat współpracy i dopiero po jakimś czasie stało się to dla mnie bardziej naturalne.

Na początku bardzo bałam się pokazywać klientom swoje projekty. Trochę to paradoksalne, skoro właśnie na tym polega ta praca! Do dziś towarzyszy mi lekki stres, czy projekt się spodoba, ale to jest normalne. Zmieniło się jednak moje myślenie, ponieważ teraz jak przedstawiam swoją pracę, to jestem pewna, że jest ona dobra. A czy się spodoba? To już kwestia gustu klienta, bo w końcu to on będzie mieszkał w tym wnętrzu i ma się tam czuć dobrze. Naprawdę nie pamiętam, czy kiedykolwiek jakiś inwestor powiedział, że projekt jest nietrafiony. Ze względu na nad wyraz rozwiniętą empatię, potrafię dobrze wczuć się w jego potrzeby.

Dlatego jeśli boicie się pokazywać swoją pracę, to uwierzcie mi, to da się pokonać, ale potrzeba czasu i wiele pracy nad sobą. Nie od razu Rzym zbudowano! Pomyślcie tylko o tym, jaką satysfakcję będziecie odczuwać, kiedy zaczniecie pokonywać coraz więcej swoich słabości. A jeśli nie macie z tym problemu, to cóż… pozostaje mi tylko pozazdrościć.

Błędy się zdarzają

Perfekcjonizm jest dobry tylko na krótką metę. Z czasem zaczyna nam ciążyć i sprawia, że nigdy nie jesteśmy w pełni zadowoleni z efektów naszej pracy. Tak, ja też na to cierpię. Uważam, że zawsze jest coś do poprawy, ale taka postawa sprawia, że praca to neverending story. Naucz się, że zrobione jest lepsze od perfekcyjnego. Ja już potrafię to robić, chociaż nadal wewnątrz mnie rozgrywa się walka i schodzę na Ziemię dopiero, jak kilka osób mi powie, że jestem dla siebie zbyt surowa. Inaczej nie dociera. Wciąż muszę coś robić, nad czymś myśleć i tworzyć, bo inaczej nie mogę się uspokoić.

Daj sobie możliwość popełniania błędów. One zawsze były i będą. Mało tego ? zdarzają się każdemu i to po latach pracy w zawodzie. W tej branży trzeba opanować wiele szczegółów i wymaga się od nas, żebyśmy wiedzieli wszystko o materiałach, technologii wykonania, użytkowaniu, trwałości i ergonomii. Oczekuje się od nas byśmy byli projektantami, stolarzami, elektrykami, hydraulikami, malarzami i terapeutami jednocześnie. W tym samym czasie robili projekt, nadzorowali, odbierali telefony i odpisywali na maile. To jest bardzo ciężkie zadanie.

Ograniczone zaufanie

Jestem raczej naiwnym człowiekiem i ponieważ sama mówię wprost, co myślę, to zawsze ciężko mi wyczuć, czy ktoś inny ma wobec mnie szczere intencje. Kilka razy się nacięłam na ?klientów?, którzy postanowili nie zapłacić. Najgorzej, że było to jeszcze w czasach, gdy naprawdę każda złotówka była dla mnie na wagę złota i brałam wszystkie zlecenia.

Jak się uchronić przed takimi osobami? Z tego, co zauważyłam, schemat jest podobny. Takie osoby zawsze proszą, by zmienić jakiś zapisy w umowie lub nie chcą jej podpisać i nagle potrzebują wszystkiego na już, by zaraz przestać się odzywać. Jeśli akurat nie przymieracie głodem, odpuście taką współpracę. Ja kilka razy się przejechałam i dzisiaj jestem ostrożniejsza.

Jeśli jesteś projektantem , to nigdy nie wysyłaj projektu bez wcześniejszej wpłaty. Jeżeli czytają to niektórzy z moich klientów, do których mam zaufanie i którym wysyłam nawet cały projekt, bo wiem, że i tak mi zapłacą, to mogą się zdziwić w tym momencie. Zasada jest taka, by nie dawać efektów swojej pracy bez wcześniejszego rozliczenia. Wyjątek mogą stanowić osoby, do których po prostu mamy już zaufanie.

Nie dawaj też nabrać się na tzw. casting. Jeszcze do niedawna, gdy umawiałam się z klientem na pierwsze spotkanie, jechałam od razu do niego do domu, by zrobić wywiad i inwentaryzację. Sprawdzało się do momentu, kiedy jakieś dwa tygodnie po takiej wizycie u pewnej pani, przypomniałam się w sprawie wpłaty zadatku. Jakie było moje zdziwienie, gdy klientka powiedziała, że ona w zasadzie to nie może zdecydować się tak w ciemno i zapłacić, ponieważ, nie wie, czy projekt jej się spodoba! Czyli według niej powinnam wykonać pracę, a jeśli przypadnie jej do gustu, to może mi zapłaci.

A przepraszam bardzo, z czego miałabym żyć robiąc projekty za darmo? Od razu podziękowałam za współpracę, a wierzcie mi: pani była zdziwiona, że nie chcę wykonać tej aranżacji. Niedługo po tym miałam podobną sytuację. Inwentaryzacja i cisza. Straciłam czas i pieniądze, bo ktoś najwyraźniej chciał zrobić casting na projektanta lub wyciągnąć jak najwięcej informacji za darmo. Ciekawe, czy prawnika potraktowaliby tak samo.

Przeanalizowałam obie sytuacje, popytałam dziewczyn z branży i zmieniłam taktykę. Teraz zawsze pytam, czy klient jest zdecydowany i informuję, że na pierwszym spotkaniu podpisujemy umowę, on wpłaca zadatek, a ja dopiero wtedy zabieram się za pracę. Dzięki temu wyeliminowałam spotkania z szanownymi komisjami w postaci niezdecydowanych inwestorów.

Współpraca ze znajomymi

Na szczęście nie nacięłam się na współpracę ze znajomymi, ale znam przypadki, że skończyło się to źle. Po prostu znajomi mogą na zbyt wiele sobie pozwalać, zamęczać wiadomościami odnośnie projektu (np. o dziwnym porach) lub co też często się zdarza ? nie zapłacić. Wtedy nie masz ani znajomych ani pieniędzy. Lepiej na starcie odmawiać takiej współpracy i polecić znajomego projektanta, niż później unikać osoby, z którą kiedyś było się blisko.

Telefon firmowy

Dopiero od półtora roku mam telefon służący wyłącznie do celów służbowych i bardzo sobie chwalę to rozwiązanie. Po pierwsze dlatego, że wielu klientów nie myśli o tym, że dzwonienie po godzinach pracy lub w weekend jest niestosowne. Telefon to dla mnie temat rzeka. Są takie dni, że mam ochotę wyrzuć go za okno, ponieważ co chwilę dzwoni jakiś przedstawiciel handlowy, który koniecznie chce się ze mną spotkać i przedstawić swoją ofertę. Tu, teraz, on jest już w drodze. Tyle że ja jestem w kapciach i dresie i niekoniecznie mam ochotę zmieniać plan swojego dnia. Jeśli czytają to jacyś przedstawiciele, to mam prośbę – napiszcie do mnie zamiast dzwonić, bo telefony za bardzo mnie rozpraszają, a ja bardzo lubię pracować w spokoju.

Przedstawiciele dzwonią codziennie i wiem, że ich praca polega na pozyskiwaniu nowych klientów, ale naprawdę, czasem już nie mam do tego cierpliwości.

Przygotujcie się na to, że tych telefonów jest mnóstwo i nie da się ich ignorować, ponieważ zawsze to może akurat dzwonić potencjalny klient.

Warto ustalić granice

Warto nawet w umowie zaznaczyć, w jakim czasie jesteśmy dyspozycyjni. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie myślał, że jesteśmy jego własnością, ale? trzeba mu po prostu wyznaczyć granice. Ja po prostu wyłączam telefon firmowy w piątek po południu i włączam go znów w poniedziałek rano.

Złote rady nie istnieją

Nie mam niestety żadnych złotych rad, więc skupiłam się tylko na tych aspektach mojej pracy, o których sama chciałabym kilka lat temu przeczytać. W tej branży z pewnością trzeba uzbroić się w cierpliwość, ponieważ zbudowanie własnej, rozpoznawalnej marki to nie lada wyzwanie. Przetrwają tylko ci najbardziej wytrwali. Upartość to bardzo wskazana cecha w prowadzeniu własnego biznesu.

Pamiętaj, że zakup komputera i oprogramowania to wydatek rzędu od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych, dlatego zanim otworzysz działalność, postaraj się o przyznanie dotacji. Jeśli tego nie zrobisz, później już nie będziesz mieć szansy.

Gdzie się podszkolić?

W tej branży raczej ciężko byłoby znaleźć pracę w biurze projektowym, w momencie, gdy jeszcze studiujemy, ponieważ problemem byłby elastyczny grafik. Ale warto rozejrzeć się za pracą np. w studiu projektowania mebli kuchennych, ponieważ tam można nauczyć się bardzo dużo na temat materiałów, ich właściwości oraz podszkolić się z obsługi klienta. Pracowałam w takim miejscu ponad 3 lata i dzięki temu poznałam fantastycznych ludzi oraz dowiedziałam się, jak projektować meble. A uwierzcie mi – wielu architektów wnętrz nie ma o tym pojęcia, ponieważ tego na studiach nie uczą.

Nadzór tylko ze znaną ekipą

Dopiero po 3 latach prowadzenia działalności odważyłam się na mój pierwszy nadzór nad realizacją projektu.

Wzięłam wtedy do pomocy ekipę, z którą już się znałam z innej budowy. Wiedziałam, że będą w stanie poradzić sobie ze wszystkim i nie muszę się martwić o realizację.

Później już większość nadzorów było z ekipami wybranymi przez klientów i jakoś to szło, mimo że zawsze poznawanie nowych wykonawców było dla mnie dość stresujące, ponieważ zdarzały się sytuacje, że np. jakiś pan hydraulik chciał pokazać, że on jest tam najmądrzejszy, a ja jestem zbędna. Mimo to wszystko zawsze kończyło się dobrze.

W tym roku niestety zdarzyło się coś, co sprawiło, że naprawdę, nigdy więcej nie chcę robić nadzoru z ekipą, której nie znam. Wykonawca się nie sprawdził, przez co oddanie mieszkania przedłużyło się o wiele miesięcy. Gdyby ktoś rok temu opowiedział mi o takiej sytuacji, to może bym uniknęła tej historii, a tak musiałam nauczyć się na własnych błędach i wyciągnąć wnioski. Nigdy nie bierzcie nadzorów z ekipą, której nie znacie, choćby inwestor zapewniał, że Pan Włodek jest najlepszy i że zrobili już razem 100 remontów.

Jak wycenić naszą pracę?

Czasami myślę, że na to pytanie do dziś nie znam odpowiedzi. Zawsze wydaje mi się, że jest za mało. Każdy projekt składa się z kilkunastu lub kilkudziesięciu rysunków, wizualizacji oraz spisu przybliżonego kosztorysu. Przygotowanie jednego projektu mieszkania zajmuje mi średnio od 2 do 3 miesięcy. Czasem jest to nawet dłużej, jak do współpracy włączy się deweloper albo jakaś spółdzielnia. Z jednego projektu nie wyżyjesz, musisz mieć ich kilka na raz, by się utrzymać. Ja dopiero w tym roku jestem w miarę zadowolona z tego, ile zarabiam, bo widzę jakiś postęp.

Cena wynika też z tego, na ile twoja marka jest rozpoznawalna, ile lat pracujesz w zawodzie itp. Wiadomo, że na początku daje się niższe ceny, by w ogóle przyciągnąć do siebie klientów. To ma swoje plusy i minusy.

Są sytuacje, że po latach wraca dawny klient lub jego znajomy i dziwi się, że cena aż tak bardzo się zmieniła. Dlatego niektórzy projektanci twierdzą, żeby od razu dawać pełne stawki, ponieważ inaczej jest to psucie rynku.

Czy coś bym zmieniła?

Patrząc z dzisiejszej perspektywy na moje życie zawodowe, nie mogę żałować, że się tego podjęłam. Czy coś zrobiłabym inaczej? Nie wiem, czy jest sens, ponieważ myślę, że wszelkie sytuacje, które napotykamy w swoim życiu są po to, by nas czegoś uczyć. Gdyby było łatwiej, człowiek niczego by nie doceniał. Ale z praktycznego punktu widzenia ? wcześniej założyłabym fanpage na Facebooku, ponieważ zrobiłam to dopiero w 2019 roku! Mimo że naczytałam się mnóstwa książek o biznesie i miałam już różne fanpage tematyczne, ten promujący moją główną działalność powstał całkiem niedawno.

Przez te pierwsze lata po prostu wychodziłam z założenia, że mój potencjalny klient nie spędza czasu w tym miejscu i nie warto się tam promować. Dziś mam zupełnie odwrotne zdanie, więc załóż fanpage jak najszybciej i pokaż znajomym, czym się zajmujesz! Oni będą pierwszymi osobami, które Cię docenią i nierzadko też najwierniejszymi fanami trzymającymi kciuki za Twój sukces.

W kupie siła

W tym roku zaszły w mojej firmie pewne zmiany, ponieważ weszłam we współpracę z moją przyjaciółką, z którą chcemy stworzyć wspólne biuro projektowe. Od dawna brakowało mi osoby, która by mnie odciążyła, ponieważ zleceń było coraz więcej. Nie byłam jednak gotowa zatrudnić kogokolwiek lub uczyć, więc podjęcie kooperacji z osobą na „tym samym poziomie rozwoju” wydało mi się dobrym rozwiązaniem.

Dlaczego razem? Bo każda z nas miała dość samotnej pracy w domu. Poza tym w zespole chce się więcej i jest raźniej. Kiedy jedna jedzie na budowę, to druga w tym czasie może kontynuować projekt, więc praca nie stoi w miejscu. Tak powstaje Pracownia Bueno 🙂

Poza tym… bardzo potrzebne jest wsparcie psychiczne w momentach kryzysowych, których jest sporo. Zdarzają się trudni klienci, którzy lubią stwarzać problemy i wtedy bardzo ważne jest, by mieć kogoś, kto zrozumie naszą frustrację, podczas gdy my musimy zacisnąć zęby i być uprzejmym,  chociaż nie mamy na to najmniejszej ochoty.

Plany na przyszłość

Moim planem i marzeniem od dawna jest posiadanie stacjonarnego biura i praca w gronie kreatywnych i zwariowanych osób. Praca w domu ma mnóstwo zalet, ale myślę, że już najwyższy czas zmienić otoczenie.

Korzystając z okazji pisania tego artykułu, chcę zaznaczyć, że planuję nieco urozmaicić charakter tego miejsca i nie pisać tylko na tematy wnętrzarskie, ale też bardziej lifestylowe. Nie jestem typową blogerką wnętrzarską, która pokazuje 100 razy to samo ujęcie dekoracji swojego mieszkania, bo po pierwsze nawet go nie mam, a po drugie dla mnie liczą się bardziej niematerialne aspekty życia.

Bądźcie więc przygotowani na zmiany na moim blogu 🙂

Jeśli udało się komuś doczytać ten wpis do końca, to gratulacje! I mam nadzieję, że znaleźliście w nim coś interesującego. Jeśli jesteście z branży, dajcie znać, czy macie podobne lub odmienne odczucia względem tego naszego zawodu. Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania.

Cześć!