', 'auto'); ga('send', 'pageview');

BLOG NIE TYLKO O WNĘTRZACH

#MyFirst7Jobs | Moje pierwsze 7 prac

#MyFirst7Jobs


Trafiłam ostatnio na post koleżanki na Facebooku, która opisała 7 swoich pierwszych prac w życiu. Postanowiłam więc sprawdzić, skąd ten pomysł i okazało się, że wielu blogerów i nie tylko aktualnie dzieli się z innymi informacjami na ten temat, więc pomyślałam, że to świetna okazja, bym i ja to uczyniła.

Jeśli więc jesteście ciekawi, jakie są moje wcześniejsze doświadczenia zawodowe, zapraszam serdecznie do lektury i jednocześnie zachęcam Was, byście podali mi w komentarzach linki do swoich postów z tym związanych lub po prostu napiszcie o swoich spostrzeżeniach.

#1 Pracownik fizyczny w fabryce kartonu

Źródło: pixabay.com

Zaraz po maturze poszłam do pracy w fabryce kartonów, o której wspominałam już Wam kiedyś na blogu. Pracowałam za 3 zł/godzinę i codziennie musiałam dojeżdżać do zakładu jakieś 20 km. Wytrzymałam tam miesiąc. Nie żeby praca była szczególnie męcząca, ale jej nieregularność (zmiana dzienna, popołudniowa lub nocna) sprawiała, że było mi tam ciężko wytrzymać. W nocy prawie spałam na stojąco i widząc to jedna z bardziej zaawansowanych współpracownic powiedziała pamiętne słowa: „Martynka, pierdolnij się na kartonach na chwilę, jak chce ci się spać”. Nie pierdolnęłam się, bo jestem zbyt obowiązkowa, poza tym tam był monitoring 😉

Co robiłam w tej fabryce? Wszystko, co tylko można robić z kartonami. Kleiłam, nosiłam, przepuszczałam przez maszynę, która dziurkowała karton, wrzucałam do prasy itp. Dla mnie była to wakacyjna praca, podczas której chciałam zarobić na aparat fotograficzny, ot taką zwykłą cyfrówkę. Ale były tam osoby, które pracowały tam od lat za te 3 zł… więc wyobraźcie sobie, jak ciężko było im utrzymać dom za te pieniądze.


#2 Sprzedawca hawajskich kwiatków

Źródło: pixabay.com

Władysławowo, deptak, plaża, te sprawy i my – przyszłe panie architektki wnętrz, sprzedające hawajskie kwiatki. Praca lekka, krótka (jakieś 3 godziny dziennie) i opłacalna, bo dziennie można było wyciągnąć ponad 100 zł. Zawsze kiedy widzę dziewczyny z tymi kwiatkami na szyi, to miło wspominam ten czas, kiedy sama je sprzedawałam.

Nie muszę chyba dodawać, że spałyśmy z szefem w jednym namiocie? Strasznie chrapał, więc odruchowo waliłam z łokcia. Problem polegał na tym, że pomiędzy nami spała moja koleżanka, więc nieświadomie to właśnie ją uderzałam.


#3 Recepcjonistko-sprzątaczko-majster

Źródło: pixabay.com

Pensjonat Zaciszny to miejsce, w którym zajmowałam się recepcją, rezerwacjami, konserwacją powierzchni płaskich i nierzadko naprawą niektórych sprzętów. Byłam tam 24/dobę i chyba w zasadzie to najbardziej mnie zmęczyło w tej pracy. Poza tym wspominam ją bardzo dobrze, goście byli sympatyczni, miałam czas na czytanie i malowanie oraz poznałam ludzi, z którymi kontakt mam do dzisiaj. I co najważniejsze – w końcu udało mi się zarobić na mojego pierwszego laptopa 🙂 Jakbyście kiedyś wybierali się do Mielna, to szczerze mogę polecić ten pensjonat.


#4 Malowanie obrazów

Źródło: pixabay.com

Kolejnego lata miałam za sobą epizod z malowaniem kilkunastu obrazów dla jednego klienta. Jednak te prace w większości tworzyłam u niego… w piwnicy, gdzie na ścianach miał sztukateryjne ramy, a ja malowałam w nich pejzaże bezpośrednio na tynku.

Pracę tę wspominam jako jedną z najprzyjemniejszych, poza faktem, że cały miesiąc spędziłam z dala od ludzi w piwnicy, co było lekko dołujące. Na szczęście wypłata wynagradzała mi wszystko i dzięki niej spokojnie miałam na utrzymanie się przez całe wakacje i w końcu kupiłam sobie lustrzankę, która służy mi do dziś. Tak łatwo i przyjemnie zarobionych pieniędzy chyba nigdy nie miałam.


#5 Sprzątanie domków

Źródło: pixabay.com

Następne lato obfitowało w kolejne zetknięcie się z turystyką nadmorską, na konkretnie miałam za zadanie – wraz z koleżanką – wysprzątać domki w Sarbinowie na sezon. Jak się pewnie domyślacie, nie było to najprzyjemniejsze zadanie, a dodatkowo okazało się, że zajęło nam więcej czasu, niż przewidywałyśmy, bo najwyraźniej po sezonie nikt tam zbytnio nie przyłożył się do czyszczenia.  Tam po raz pierwszy w życiu dowiedziałam się, co to znaczy mieć ochotę zwymiotować z powodu zapachu, a raczej smrodu. Zeszłorocznego smrodu. Z toalety. Niemytej.

Nigdy wcześniej nie byłam wrażliwa na takie doznania zapachowe, ale po tym zdarzeniu, niestety weszło mi to już w nawyk. Ta praca nie była dobra i w zasadzie nie zarobiłam tam wiele, ale traktuję to jako ciekawe doświadczenie w mojej karierze zawodowej 😉


#6 Projektantka biżuterii

Po ponownej przeprowadzce do Poznania, będąc studentką, postanowiłam jakoś spożytkować nadmiar wolnego czasu i dorobić, więc poszłam do pracy jako projektantka biżuterii. Brzmi ładnie? I tak też było. Pracowałam w centrach handlowych na stoiskach, na których można na miejscu kupić właśnie wykonaną biżuterię. Super sprawa, zwłaszcza, że jak jeszcze nie miałam pojęcia, że takie miejsca istnieją, myślałam o stworzeniu podobnego.

Fakt, że zupełnie nie mam daru do bycia sprzedawcą i zawsze zapominałam o tym, by jak klient coś kupuje, zaproponować dodatek do kompletu, ale mimo to lubiłam tę pracę, wczuwałam się bardzo w rozwój firmy, prowadziłam fanpage, robiłam zdjęcia, miałam masę pomysłów. Jednak w pewnym momencie, gdy mój wzrok – mimo tego że od kilku lat wada się ustabilizowała – znów zaczął się pogarszać, musiałam uświadomić sobie, że to nie jest praca dla mnie. Rozstanie z biżuterią było dla mnie dość bolesne (również dlatego, że pracowałam z fantastycznymi dziewczynami, z którymi wspólnie szalałyśmy tu i ówdzie), ale dzisiaj jestem już w pełni odzwyczajona od tego i nie tęsknię, bo robię inne kreatywne rzeczy, które przynoszą mi satysfakcję.

#7 Asystentka architekta

Po studiach przyszedł czas na szukanie pracy w zawodzie i przeżyłam spory szok, gdy okazało się, że jedyne, co pracodawcy mają do zaoferowania, to darmowy staż. Nawet nie z Urzędu Pracy za 800 zł, bo to za duży „problem” dla nich, tylko po prostu w pełni bezpłatny. Nigdy bym nie przypuszczała, że tak to wygląda w naszej branży. Rozumiem, że nikt nie będzie płacił absolwentowi kokosów, ale żeby nawet nie wysilić się i nie spróbować załatwić stażu z urzędu, żeby ta osoba miała chociaż na opłacenie pokoju, to już chyba lekka przesada, prawda?

Jeśli więc jesteście ciekawi, dlaczego zdecydowałam się na darmową pracę, to już tłumaczę. Znalazłam ogłoszenie biura architektonicznego ADP, prowadzonego przez Patrycję Zaczyńską, która robiłam m.in. wnętrza do budynku Złota 44, projektowanego przez Daniela Libeskinda. Już rozumiecie, dlaczego? 🙂

Nie mogłam zrobić inaczej, bo uwielbiam projekty Libeskinda i jak pomyślałam, że mogę być na stażu w biurze, które miało z nim cokolwiek wspólnego, to po prostu musiałam tam się dostać. Wcale nie zniechęciło mnie to, że wymagana była znajomość języka angielskiego, który tak naprawdę tylko rozumiem z seriali, ale sama wypowiedzieć się w nim nie potrafię. Ani to, że trzeba było bardzo dobrze znać AutoCADA i Sketchupa. No co, nauczyłam się i tyle, chociaż po angielsku nadal nie mówię.

Praca nie należała do najłatwiejszych, głównie ze względu na ciągłe nadgodziny. Mój rekord spędzony przy biurku to 14 godzin. Ledwo widziałam i kontaktowałam, ale nie mogłam zwalić swojej pracy na inne dziewczyny, bo one miały jej tyle samo. Wszystkie trzymałyśmy się razem i wzajemnie sobie pomagałyśmy. Nie obyło się bez łez, nerwów i zapewnień, że mamy dość i to nasz ostatni dzień. Patrycja sama wspominała o tym, że specjalnie wrzuca nas na głęboką wodę, byśmy od razu mogły się czegoś nauczyć. I tak było.

Mimo że nikomu nigdy nie życzę pracy bez wynagrodzenia, to dzisiaj wspominam ten czas z uśmiechem, ponieważ dzięki temu doświadczeniu, zobaczyłam, jak funkcjonuje biuro projektowe i już wiem, że nigdy nie zatrudnię nikogo za darmo.


Tak wyglądało moje 7 pierwszych prac, a jak było u Was? Macie podobne doświadczenia? A może wręcz przeciwnie? Jestem bardzo ciekawa Waszych historii.

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Zapisz

  • jejku jak sobie przypomnę moje 7 pierwszych prac to aż chce mi się śmiać 😛 jako 7 latka organizowałam u siebie w pokoju występy kukiełkowe, które sama tworzyłam wraz z koleżanką, za spektakl brałyśmy 50 gr, następnie sprzedawałam lemoniadę „górnikom” wysiadającym z autobusów (robiłam ją z niestężonej galaretki). Później wydoroślałam i po maturze poszłam do restauracji jako barman / kelner (szef był strasznym furiatem i odeszłam po 4 miesiącach), później byłam telemarketerem. Za pierwszą poważną wypłatę ufundowałam sobie i mężowi tatuaże. 5 praca to był handel sprzedawałam odzież damską w sieciówce jednej, później drugiej. Z kolei wylądowałam w sklepie sprzedając drzwi, okna i bramy garażowe (tam też prowadziłam fanpage plus bloga), ale że handel nie szedł znowu wylądowałam w odzieżówce..Polski producent. Skończyło się sprawą w sądzie, a komornik po dziś dzień nie umie odzyskać moich należnych pieniędzy. No, a teraz jestem tu gdzie jestem pracuję w kancelarii notarialnej i jest całkiem fajnie 😉

    Pozdrawiam kochana

    • O „pracach” z dzieciństwa, to nawet nie chciałam wspominać, bo u mnie było bardzo podobnie: teatrzyk, rysowanie karykatur, a nawet „gra” na akordeonie na osiedlu 😉 Pomysłów zawsze było mnóstwo 🙂
      Przy szefie furiacie to i tak podziwiam, że wytrzymałaś aż 4 miesiące! Ja pewnie po pierwszym już miałabym dość. A spraw komorniczych nie zazdroszczę, bo zazwyczaj słabo się kończą dla pracowników.